Nie każda kobieta posiada instynkt macierzyński. Mój albo zanikł albo nigdy nie istniał.
RSS
wtorek, 13 października 2015

Czy znacie to uczucie kiedy idziecie do kogoś się wyżalić i prosić o pomoc a dostajecie kubeł zimnej wody na głowę i jeszcze większe poczucie winy?

No więc to właśnie mnie spotkało na wizycie u renomowanej psycholożki, autorki książek o wychowaniu dzieci w duchu bliskości i poszanowania godności małego człowieka. O dziecku z bliska. Bardzo zawsze sobie ceniłam jej opinie, uważne spojrzenie na dziecko i mądre wnioski. Zawsze chętnie czytałam to co podrzucała na FB, albo teksty jej autorstwa, które akurat wpadły mi w rękę. Z tym nie będę polemizować, bo wydaje mi się że nie ma w Polsce większego autorytetu w sprawach psychologii dziecka.

Czytałam też, że pani zajmuje się pomocą rodzicom, którzy nie radzą sobie w kontakcie z dziećmi. A ja sobie nie radzę, co chyba odkryciem Ameryki nie jest, biorąc pod uwagę tytuł tego bloga. Przywykłam do samobiczowania się na oczach innych, do żalenia się innym mamom że jakoś tak kiepsko mi czasami z tym wychowywaniem dzieci idzie.  Ale kurcze się staram. No staram się naprawdę. Nie biję. Krzyczę tylko jak poproszę 10 razy spokojnie i nikt nie reaguje, a potem zawsze jest mi głupio i mówię o tym dzieciom. Że nie lubię na nie krzyczeć i nie chcę tego robić. Nie prowadzę systemu kar - najgorszą konsekwencją złego zachowania jest obcięcie kieszonkowego albo wyproszenie dziatwy z pokoju. No i czasami nie radzę sobie z emocjami, ale kładę to na karb genów, muszę bo się uduszę, no muszę wyrzucić pewne rzeczy z systemu.

Czasami potrafię ranić słowami, wiem, bo do słów mam talent. Czasem powiem coś co boli. Ale mówię, przynajmniej tak mi się wydaję że mówię, że kocham, tylko nie lubię pewnych zachowań. Na przykład kiedy jęczą oboje że to, że tamto, że teraz natychmiast, że w tej chwili. Albo kiedy odbieram Starszaka ze szkoły a on na mnie się wścieka, że wafelka mu nie przyniosłam i nie zabieram go na lody jak mama kolegi (która nota bene karmi dzieciaki słodyczami codziennie w dużych ilościach i ciągle im kupuje jakieś zabawki. Idealna mama normalnie.) No więc Starszak się złości na mnie, że nie jestem taka jak mama kolegi. "To idź sobie do niej" - mówię zmęczona nim po 5ciu minutach od odebrania ze szkoły, nie przewidując zapewne konsekwencji swoich słów. Bo kiedyś sobie pójdzie jak mu będę tak mówić.

No i nazbierało mi się kilka takich sytuacji kiedy nie zawsze mówiłam to co powinnam. Kiedy mówiłam to czego nie powinnam. I do tego moje relacje ze Starszakiem, który od dłuższego czasu wydawał mi się bardzo problematyczny. I nie wiedziałam czy to były problemy jego czy moje, czy może nasze wspólne. Nie będę się tutaj teraz rozdrabniać bo to materiał na książkę całą. Ale postanowiłam, że z kimś muszę o tym porozmawiać. Z kimś mądrym najlepiej. 

Umówiłam się zatem na wizytę na drugim końcu miasta, wzięłam najbliższy wolny termin za miesiąc. Przyszłam. Opowiedziałam. Trochę się popłakałam, no bo jednak emocje. Poprosiłam o poradę.

I dostałam. Pani powiedziała mi żebym sama posłuchała tego co mówię. Kilka razy pokręciła głową z niedowierzaniem czym sprawiła, że po raz kolejny poczułam się jak matka do doopy. I że zepsułam dziecko. No kurcze wiem. Gdyby nie ja byłby pewnie lepszy, szczęśliwszy, weselszy, umiałby wysiedzieć w szkolnej ławce i nie frustrowałby się tak bardzo kiedy coś pójdzie nie po jego myśli. Możę spałby dłużej, może jadłby lepiej. I pewnie lepiej by rósł, bo ja matka idiotka nie potrafię mu zapewnić wątróbki (nie jem mięsa) i załatwić hormonu wzrostu (uważam że nie potrzebuje, podobnie mówią pediatrzy, uważa tak za to moja wszystko wiedząca ciocia i kilka koleżanek). 

 Nie wiem na co liczyłam idąc na spotkanie z panią. Chyba na pogłaskanie po głowie i powiedzenie "dobrze że przyszłaś, jeszcze wszystko da się naprawić, przyprowadź dzieciaka, usiądziemy razem, pogadamy. Rozumiem. Mama też czasem ma prawo do emocji". Okazuje się że nie ma. Że powinna wiedzieć jak sobie radzić, bo to przecież jej dziecko.

A z drugiej strony jak oczekiwać matczynego zrozumienia od kogoś kto sam matką nie jest.....

 

21:33, matkadodoopy
Link Komentarze (6) »
wtorek, 30 grudnia 2014

I znowu myślę sobie co by było gdyby. Gdybym wtedy się odważyła. Gdyby on się odważył. Gdybyśmy się jakoś lepiej zgrali.

Wiedzieliśmy o sobie. Że ja jemu, że on mnie.

Siadywaliśmy na tej samej ławce, czasem obok siebie, "cześć" i tyle, nie więcej niż to. Nasze szkoły rozdzielone ulicą, jedna lepsza druga gorsza, i co z tego. Oboje nosiliśmy glany, katany i skóry. 

I on tak na mnie patrzył. Czarne oczy, czarne włosy. Nieśmiały uśmiech. I tak przez kilka ładnych lat.

Dopada mnie czasem w myślach. Nic o nim nie wiem. Lata świetlne temu spotkałam go przypadkowo w moim rodzinnym mieście, na koncercie. Pamiętał mnie. Miał te same oczy, te same włosy, ten sam uśmiech. I był tak samo nieśmiały. Czy gdyby się wtedy ośmielił to dziś bylibyśmy jeszcze?

Myśli wracają co kilka lat. Intensywnie uporczywe. Szukałam go, ale jak znaleźć skoro znam tylko imię i miasto. Ukradkiem przekopałam znajomości znajomych, fejsbuk, naszaklasa. I nic. Jakby go nie było, nikt nie pamięta.

Zmyśliłam to sobie? Wymyśliłam go? No przecież pamiętam. Że był, że siedział, że biegał, że chodził. Że te glany, ta skóra. Że nie był wysoki. W sam raz. Szyty na miarę. Że miał te oczy, że zawsze tak patrzył.

I czemu niby wraca do mnie w tych snach, w moich snach, w zamężnych snach. Czemu myślę co by było gdyby, przecież nie było nic. 

Był tylko on. I byłam ja. I tak już zostanie. Amen.

20:58, matkadodoopy
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 kwietnia 2014

Jadę ze Starszakiem w tramwaju. Siedzimy. Nie ma zbyt wielu pasażerów, jest kilka wolnych miejsc. Dostawia się do nas dziad. Łapie Starszaka za stopę i ściąga ją z siedzenia (dzieciak siedział z podkuloną pod siebie stopą, tak że pupa siedziała na podeszwie buta): "Nie trzyma się butów na siedzeniu, ktoś tu potem usiądzie i się pobrudzi". Ok. Pomijam fakt że zaczepił moje dziecko a nie mnie, ale może ktoś mógłby mu przyznać rację. 

Starszak zdjął stopę z siedzenia. Jedziemy dalej. Opowiada mi podekscytowany co mu się najbardziej podobało w filmie, z którego właśnie wyszliśmy. Dziad zwraca się do niego: "Nie mów tak głośno bo własnych myśli nie słyszę". Noż qrwa. "Niech pan się odczepi od tego dziecka, jak ma pan jakieś uwagi proszę je kierować do mnie" - zwróciłam się do dziada. "A mam uwagi" - odpowiada dziad. "Dzieciak gada głośno, śmieje się, w tramwaju należy rozmawiać szeptem" - mówi do mnie dziad podniesionym głosem. "Pan też cicho nie mówi" - idiotka ze mnie, że kontunuuję tę rozmowę ale cóż. "Ja nie krzyczę" - wykrzykuje dziad robiąc crescendo - "ja dopiero mogę na panią krzyczeć jak przyjdzie mi ochota!!!".

"O co mu chodzi, ja nic nie rozumię" - mówi Pięciolatek. "Ja też nie" - mówię do niego cicho i zagaduję w sprawie filmu. Za plecami słyszę dziada mówiącego, że to skandal, że dzieciak niewychowany, że zwraca się do matki per "ty" (???!!!) i nie ustępuje miejsca starszym (dwa miejsca dalej wolne miejsce, nikt poza wiszącym nad nami dziadem w tramwaju nie stoi).  

 

Następny dzień. Idę z potomkami przez warszawskim deptakiem. Starszak dziesięć kroków za mną wlecze się w żółwim tempie. Młoda 10 kroków z przodu, biegnie, dystans się powiększa. Mam ją na oku i co chwilę oglądam się za guzdrzącym się Pięciolatkiem. Widzę że jakaś baba w berecie zatrzymuje moje młodsze dziecko i mówi, że "to dziecko przecież nic nie widzi, ma czapkę na oczach, zaraz się wywróci albo na kogoś wpadnie". Ok. Młodej czapka na oczy się osunęła ale ona i tak nie patrzyła przed siebie tylko pod nogi i wyraźnie zasłona jej nie przeszkadzała.

Olewam Starszaka i przyspieszam kroku bo Trzylatka zbliża się do ulicy. Zaczynam biec. Łapię ją 5 kroków od Nowego Światu. "Co z pani za matka!" - słyszę krzykliwy głos baby w berecie. "Tak dziecku pozwolić biegać! Za rękę trzeba prowadzić a jak ucieka to przywiązać! I czapkę ma na oczach! Niezadbana taka! Co z pani za matka! Ach co ja mówię! Pani matką nawet nie jest, bo matka potrafi się o dziecko zatroszczyć! Przecież ona nic nie widzi! Skandal jakiś. Żeby matka!"

Moherowe baby i leśne dziady. Nie lubię was. Nie wchodzę wam w drogę, nie wtrącam się w wasze życie i wasze kościoły. Nie oceniam zawartości waszych siat ani obłędu pod waszymi moherami. Odpierdolcie się.

18:57, matkadodoopy
Link Komentarze (8) »
wtorek, 01 kwietnia 2014

Zżarło mój poranny wywód o przemocy psychicznej. Nie mogę tego odtworzyć bo pisałam pod wpływem impulsu, emocji, złości. Wyżyłam się na klawiaturze. Napracowałam się. A tu mi wszystko zżarło albo zwyczajnie  wywaliło w kosmos. Durny prima aprilis. 

09:10, matkadodoopy
Link Komentarze (3) »
piątek, 28 marca 2014

Jakby ktoś pytał co u nas to najprawdopodobniej mamy robale. To znaczy ja jestem pewna, że dzieciaki je mają, bo według większości naszych lekarzy pasożyty należy włożyć do przegródki w kategorii urban legends.

W lipcu trafiliśmy do znanego warszawskiego lekarza, Doktora O., który zdiagnozował lamblie u Starszaka. Przeleczyliśmy się, przerobiliśmy bezmleczną, bezcukrową i bezglutenową dietę, wygotowaliśmy wszystkie pościele, ciuchy i zabawki, obsesyjnie wyszorowaliśmy mieszkanie i nic. Kolejne badanie wykazało że lamblie jak były, tak są. 

Ale że małżonek z gatunku Wikingów uważa (jak większość naszych lekarzy), że zachowuję się jak matka polka i sobie wymyślam, to postanowiłam ze wznowieniem leczenia poczekać. Potem trafiłam do innego znanego doktora, który wyśmiał mnie, pasożyty i Doktora O. i kazał przebadać Starszaka inną metodą. Ta inna metoda wykazała że pasożytów niet. I bądź to mądry człowieku. 

Sprawę pewnie bym odpuściła gdyby nie Młoda, która systematycznie co nocy przyłazi do nas do łóżka. I zgrzyta zębami. Podczas kontroli u dentystki żadnych problemów ze zgryzem nie stwierdzono, a więc to nie on jest powodem zgrzytania.

Teraz do zgrzytania zębami doszło uporczywe drapanie się w tyłek, problemy ze snem i potworne wiercenie się. Owsiki jak nic. Ale przecież według męża Wikinga i większości naszych lekarzy wszystko jest w porządku i ja sama sobie wymyślam. Na głowę mam się leczyć, bo zgrzytanie zębami w tym wieku nie jest niczym niezwykłym, a drapanie się w tyłek oznacza tylko tyle że ten tyłek po prostu swędzi. Jak bym słyszała naszego wyluzowanego szwedzkiego pediatrę.

I komu tu wierzyć.

20:45, matkadodoopy
Link Komentarze (3) »
piątek, 07 marca 2014

Miałam ci ja na imprezę iść dzisiaj. Dzieci zdrowe, niania zaklepana, J. z kumplami na miasto się wypuścił, a ja? Nie chce mi się, normalnie nie mam ochoty.

To urodziny dawnej przyjaciółki, nawet nie wiem czemu mnie zaprosiła..... Bo ja a ni nie och ani nie ach. A ona przecież taka w każdym calu doskonała. Razem studiowałyśmy, razem jeździłyśmy na wakacje, razem piłyśmy, tańczyłyśmy jak szalone, razem płakałyśmy nad utraconymi miłościami.

A potem, w tym samym czasie, ale już nie razem, wyprowadziłyśmy się z domów. I jakoś tak, wraz z kierowniczym stanowiskiem dzisiejszej solenizantki, przeszła nam ta przyjaźń na jakieś 15 lat. Koleżanka już dyrektorką nie jest. I może dlatego mnie właśnie zaprosiła. 

Wiem, że raczej nie będzie jej przykro, a ja oszczędzę sobie niezręcznego sterczenia wśród nieznajomych z telewizji. Ja zawsze z radia byłam, a teraz to już w ogóle znikąd nie jestem. Sama sobie jestem.

Odwołałam nianię, położyłam się z dziećmi i poczekałam aż zasną. Teraz zwinęłam się pod kocem z butelką wina. Wypiję chociaż za jej czterdziestoletnie zdrowie. 

20:37, matkadodoopy
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 lutego 2014

Ach ładna taka jestem że ho ho. Ranek, w uwolnionym przez dzieci domu, w naprędce własnoręcznie przeze mnie ogarniętym byle jak, spędziłam prawie cały na prysznicach, balsamach i makijażach. I taka pachnąca taka, czysta taka, bez glutów wtartych w moje nowe czarne spodnie, bez piaskownicy w butach moich, wyszłam z apartamentu mojego pięknego. Po czerwonym dywanie przeszłam do windy nie pozostawiając po sobie stuku obcasów. Windą zjechałam do marmurowego holu z lustrami i żyrandolami. Klucz na recepcji zostawiłam "dla pana Maćka, przyjdzie posprzątać" (brudy moje leniwe, nawarstwione).

Ach ładna taka sobie idę cichą za dnia uliczką z kostką brukową. Kawiarnie pachnące mijam, panią z wózkiem, pana z ciężką siatką. Jeszcze kilka ładnych moich kroków i jestem na miejscu. Mani-pedi. Malinowy róż. Och cóż.  Plotki, ploteczki, historyjki eleganckiej pani obok. Pani dziś ten bakłażanowy z górnej półki poprosi.

Z paznokciami takimi, ładna taka wychodzę z salonu na Chmielną grajków pełną. Teraz czas na latte z sandłiczem. I darmową prasówkę. Siedzę w kawiarni, nikt mi nie przeszkadza. Nikt mnie nie ciągnie za nogę. Nie ma "mamo patrz jak skaczę ze stołu!". Leniwie sobie siedzę, stopą w modnym bucie poruszam.  Zagonieni ludzie otuleni szalikami przemykają w chłodzie, a ja w ciepłym fotelu z widokiem na miasto. Siedzę sobie zadowolona ładna taka. Z dużą latte za 12,50.

Pomyślał by kto, że takie życie sobie piękne prowadzę.

21:15, matkadodoopy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 lutego 2014

Cholera jasna, szlag by to. Zaraza jedna te przedszkolaki. Dwa tygodnie przesiedziałam z gilami, kaszlem, zapaleniem oskrzeli i bógwieczym, bakterią w nosie, antybiotykiem, inhalacjami, nurofenami i syropami. Jedno i drugie w domu siedziało, nie kontaktowało się z innymi zarazami, codziennie czas na świeżym powietrzu spędzało. Wykurowane jak nigdy, rumiane, bez gluta. Jeden dzień w przedszkolu - Młodsza wraca z zapaleniem ucha. Nożeszkurwa. Antybiotyk domiejscowo, wybłagałam medyka by ogólnego nie dawał, bo przecież jeden dopiero do tydzień temu brać skończyła.

W Zimnolandzie Starszak trzy sezony do przedszkola chodził i ani razu nie był poważnie chory. To znaczy latał jak inne dzieciaki z gilem do pasa, ale ani gorączki ani nic. Tam smarkacze cały dzień na dworze spędzają - niezależnie czy wieje, leje, mróz czy roztopy. Od rana do wieczora na dworze, w błocie, zahartowane takie to to. Wczoraj spojrzałam na zdjęcie zrobione jakiś miesiąc po powrocie do Warszawy: kwiecień, przedszkolny plac zabaw, dzieciaki (nie moje) w kurtkach, czapkach i rękawiczkach a Starszak w krótkim rękawku. Bo mu gorąco było. 

A teraz taki zmarzlok się zrobił. Na dwór nie, bo zimno. Cholera jasna, szlag by to.

20:29, matkadodoopy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 lutego 2014

Żywiciel rodziny udał się dziś w delegację i zostawił mnie samą z potomstwem. Na trzy dni i dwie noce. Ale takie wyprawy już mi nie straszne. O nie. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie że pod jego nieobecność jestem mistrzynią logistyki. Bo jak on jest w o domu to dzieciarnia nigdy nie kładzie się do łóżka przed 20.15. Jeszcze jedna książeczka, jeszcze jedna bajka. Nie ta, inna. Pić, jeść, bawić się.

A ze mną?  Godzina 19.45 obie sztuki już zamknęły oczy, duży pokój odgruzowany a po kolacji w naszym kuchennym aneksie nie ma śladu. Do tego rano dłużej śpią bo wiedzą, że matki nie wolno budzić. Każdego naszego "samotnego" wieczoru Starszak mówi do Młodszej:  

- I pamiętaj siostro że jak się obudzisz rano a mama będzie jeszcze spała to jej nie budź, bo będzie zła przez cały dzień. 

- dobzie, nie będę - odpowiada posłusznie Młodsza przytakując fryzurą na czeskiego piłkarza.

Uwielbiam te mądrości życiowe. Przyznam, że jakoś ich specjalnie nie musiałam tresować by rano z każdym problemem szły do taty. Szybko zauważyły, że niewyspana matka to wściekła matka-bezkijaniepodchodź. Młoda, która co noc wędruje do naszego łóżka by się do mnie przykleić, rano kiedy wstanie przysuwa się na stronę taty i mówi "fa sto ap" (w prostym tłumaczeniu z wikingowego "tato wstań") po czym zwraca się do mnie poprawiając mi kołdrę "dam ci jeszcze pospać". Dumna jestem z potomków:-)

20:15, matkadodoopy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 20 lutego 2014

To że prawie wyzbyłam się swoich macierzyńskich frustracji to zapewne zasługa czasu - młode podrosły co nieco, ja zaś prawie przyzwyczaiłam się do całej nowej sytuacji. To prawie robi oczywiście wielką różnicę, ale zauważam tę poprawę  i odczuwam ją jako duży życiowy postęp.

Niemniej jednak nieustannie interesują mnie opinie innych na temat rewolucji jaką jest macierzyństwo. I nie chodzi mi tu oczywiście o opinię opartą na cukierkowych reklamach pieluszek, oliwek i mleka dla niemowląt. Sprawia mi wprost trudną do ukrycia przyjemność wysłuchiwanie tych, dla których dołożenie swojego jaja do przedłużenia ludzkiego gatunku okazało się wielkim szokiem w stylu "ojapierdolecojazrobiłam". Tak więc w tym temacie czytam wszystko co popadnie, głównie oczywiście dla utwierdzenia się w przekonaniu że nie jestem jakimś tam wybrykiem natury.

Jednym z ostatnio przeczytanych artykułów był ten podrzucony mi przez moją bezdzietną z wyboru przyjaciółkę

http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20140216/madonna-w-krzywym-zwierciadle

Pozwolę sobie zacytować:

"Zostając matkami lub ojcami, nie zmieniamy się w automaty czerpiące radość i energię z zaspakajania potrzeb milusińskich. Nadal mamy własne ambicje i marzenia: chcemy pracować, odnosić sukcesy, jeździć na egzotyczne wakacje, bawić się w gronie przyjaciół, obejrzeć film, przeczytać książkę czy po prostu dobrze się wyspać. Im wyższa lista wyrzeczeń, tym wyższy poziom frustracji i ogólnego zniechęcenia. Miłość, jaką czujemy do dzieci, nie odwraca tej zależności. (...) Bycie rodzicem to jedno z najtrudniejszych wyzwań, jakie stawia przed nami życie. Pomysł, że każdy może mu podołać dzięki naturalnej intuicji, uważam nie tylko za głupi, ale również za wyjątkowo szkodliwy."

Nic dodać nic ująć. Woda na mój młyn. Zdania w tej sprawie nie zmienię choć nie mam już tej ekshibicjonistycznej potrzeby biadolenia na swój los. 

Kocham moje dzieci ale po dwóch tygodniach spędzonych z dwójką małych glutów w domu mam ochotę zwiać na drugi koniec świata:-)

21:18, matkadodoopy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20